
Do tej pory, filmy, które opowiadały o islamskich terrorystach i dzielnych, amerykańskich agentach, którzy – oczywiście – spieszą z pomocą całej ludzkości, kojarzyły mi się bardzo negatywnie. Zazwyczaj fabuła takich opowieści była dość banalna; trup się ścielił na potęgę, a wymuskani bohaterowie zza oceanu raczyli odbiorcę nieziemskimi umiejętnościami, super nowoczesną, nieomylną bronią oraz specyficznymi powiedzonkami. Muszę przyznać, iż „W sieci kłamstw” na pierwszy rzut oka wydawał mi się wpisywać w ciąg tego typu filmów. Czy były to jednak słuszne obawy?
Na pewno obecność Leonardo DiCaprio i Russela Crowe`a (specjalnie dla tej roli musiał przybrać na wadze 20 kg!) zwiastują grę aktorską na najwyższym poziomie, ale dla mnie największą osobowością tej produkcji jest niewątpliwie Sir Ridley Scott, znany wszystkim z takich hitów, jak chociażby American Gangster, Helikopter w Ogniu, czy też Gladiator. Filmy tego nietuzinkowego reżysera zawsze budowane były w oparciu o fakty historyczne i twarde realia geopolityczne. Nie inaczej jest w przypadku tego dzieła, które powstało na bazie powieści amerykańskiego pisarza, Davida Ignatiusa.
Amerykański wywiad próbuje złapać groźnego terrorystę i, na szczęście, nie chodzi o mocno już zużytego pod względem propagandowym, Osamę Bin Ladena. Szef CIA, Ed Hoffman (Crowe) nie jest jednak postacią bez skazy. Potrafi, i lubi, oszukiwać, a do tego prowadzoną przez siebie misję, definiuje jako grę o sumie zerowej, w której nie ma w ogóle ludzi niewinnych. Innego zdania jest natomiast agent Rogger Ferris (DiCaprio), który zna bardzo dobrze świat arabski i nie do końca podziela poglądy swego przełożonego. Różnice światopoglądowe szybko prowadzą do nieporozumień, wzajemnych pretensji, a nawet niesubordynacji. Tymczasem islamscy fundamentaliści stają się niemal niewidoczni i organizują krwawe zamachy w Europie. Na nic się zdają najnowocześniejsze urządzenia szpiegujące, bo terroryści są bardzo mobilni i potrafią się dobrze kamuflować. Sytuacja wymaga działania w środowisku naturalnym wroga, ale we współpracy z jordańskim wywiadem. W rolę szefa służb specjalnych Jordanii, Haniego, wcielił się Mark Strong. Podwładny króla Abdullaha odznacza się przede wszystkim bezwzględnym kodeksem honorowym i, ku uciesze żeńskiej części widowni, wzorową prezencją.
Akcja filmu rozgrywa się w wymiarze globalnym od Azji, przez nękaną atakami Europę aż po Amerykę, która, tradycyjnie, pełni rolę ośrodka decyzyjnego. Tempo filmu jest szybkie, intryga ciekawa i momentami zaskakująca. Mimo pojawiania się wielu postaci drugoplanowych, widz nie odczuwa chaosu i jest w stanie skoncentrować uwagę na rzeczach najważniejszych.
W całej tej historii nie mogło też oczywiście zabraknąć wątków miłosnych. Przebywający
w Ammanie, agent Ferris spotyka arabską piękność, Aishe i – jak łatwo się domyślić – próbuje zdobyć jej względy. Sceny poznawania się (oderwane od rzeczywistości, ponieważ Arabki są dużo ostrożniejsze w kontaktach z mężczyznami, szczególnie spoza ich świata) tych dwojga momentami zbliżają się do granic banału i telenoweli, ale na szczęście nigdy jej nie przekraczają.
Pisząc o tym filmie, wspomnieć należy na pewno o muzyce, która wyśmienicie współgra
z obrazem. Na słowa uznania zasługują także znakomite zdjęcia Aleksandra Witta. W sposób szczególny został tu odmalowany pejzaż stolicy Jordanii, Ammanu, w którym toczy się znaczna część filmu. Tak się składa, iż niedawno miałem okazję przebywać w tym ogromnym mieście i poznałem jego klimat . Film – moim zdaniem - znakomicie oddaje specyfikę gęsto zaludnionych uliczek starej części miasta. Jedyne, co mi się nie zgadza u Scotta, to obecność psów, którymi Arabowie gardzą i których ja w Ammanie po prostu nie widziałem. Bliski Wschód nie został jednak tu przedstawiony jako ziemia przeklęta, a główny bohater ulega nawet urokowi Królestwa Haszymidzkiego i nie decyduje się na powrót do Ameryki.
Tuż po premierze „W sieci kłamstw” spotkałem się z głosami, iż film jest nazbyt poprawny politycznie, bo ukazuje sporą sympatię muzułmanów dla świata zachodniego. Pewnie ciężko byłoby wszystkim dogodzić w tym temacie, ale dla mnie akcenty zostały rozłożone prawidłowo i zgodnie z realiami świata muzułmańskiego. Jordania oczywiście jest miejscem schronienia wielu ekstremistów, co zostało odpowiednio pokazane. Nie dochodzi tam jednak do jakichś szczególnych przejawów wrogości wobec przedstawicieli szeroko pojętego Zachodu, co, w imię wspomnianej wcześniej poprawności politycznej, próbują nam wmówić zachodni sąsiedzi Jordańczyków i ich amerykańscy sojusznicy. Przeciętni mieszkańcy jordańskich miast i wsi (a miałem okazję poznać ich sporo) są bardzo gościnni i życzliwie podchodzą do Europejczyków, a nawet Amerykanów. Wielu z nich szanuje i podziwia osiągnięcia cywilizacji łacińskiej, terroryzm zaś karzą kojarzyć z Irakijczykami, w obawie przed którymi zainstalowano w Jordanii liczne punkty kontroli i podwojone straże.
Powyższy tekst jest oficjalną recenzją filmu "W sieci kłamstw" na portalu filmowym FDB.pl