w3pro.pl Bądź widoczny w INTERNECIE

Jordania - wciąż nieodkryta perła Bliskiego Wschodu

Drukuj PDF
( 13 Votes )

Jordania miała okazję stać się jedną z najciekawszych ofert turystycznych nadchodzącego sezonu. Obecność tego państwa na XVI międzynarodowych Targach Turystycznych w Warszawie, a przede wszystkim wejście na ekrany kin filmu Ridleya Scotta „W sieci kłamstw”, dawały doskonałą szansę promocji. Na nic jednak gwiazdy światowego formatu, skoro na Bliskim Wschodzie znów zrobiło się niebezpiecznie. I choć wojna nie dotyczy samej Jordanii, to jednak Polakom ten kraj może się kojarzyć wyłącznie z terroryzmem, a w najlepszym razie z wysokimi temperaturami i tajemniczymi, nieufnymi kobietami, skrywającymi swe twarze za czarnymi czadorami. Czy jest to obraz prawdziwy i pełny? - Spróbuję Państwu odpowiedzieć, gdyż w głowie mam wciąż świeże wspomnienia z letniej wyprawy do Jordanii.

 

Podczas mojego pierwszego w życiu lotu samolotem, który sam w sobie był dla mnie wielkim wydarzeniem, przestudiowałem w pośpiechu własnoręcznie sporządzone notatki (w żadnej z warszawskich księgarni nie znalazłem bowiem przewodnika poświęconego Jordanii) na temat Jordańskiego Królestwa Haszymidzkiego. Wycieczka zapowiadała się bardzo obiecująco. Lato na Bliskim Wschodzie to okres bezdeszczowej pogody, co w obliczu przedłużających się w Polsce opadów, miało decydujące znaczenie. Niepokoił mnie tylko jeden fakt: w Internecie znalazłem ostrzeżenie, iż w stolicy Jordanii, Ammanie, wciąż jest bardzo niebezpiecznie. Hotele, w których wypoczywają tłumy turystów, często stają się obiektami zamachów fanatyków religijnych. Zamartwiałbym się pewnie całą drogę, gdyby nie to, że za oknem dostrzegłem widok, który pozwalał zapomnieć o jakichkolwiek troskach. Lecieliśmy właśnie nad granatowymi wodami Morza Czarnego. Znam dobrze geografię Europy, więc spodziewałem się za chwilę ujrzeć cieśninę Bosfor i mityczne miasto Konstantynopol. Szczęście mi dopisywało, bo silny wiatr rozwiał chmury i moim oczom ukazał się w całości majestat olbrzymiego ośrodka, leżącego na granicy dwu kontynentów. Poczułem się jak średniowieczny żeglarz, bo do miasta "wpłynąłem" starym szlakiem kupieckim. Byłem już w Azji, co wprowadziło mnie w stan podekscytowania. Tureckie góry z lotu ptaka wydają się być niewielkimi wzniesieniami, poprzecinanymi błękitnymi wstążkami rzek. Na monitorze pokładowym zobaczyłem, iż do Ammanu wlecimy od zachodu, mijając po drodze Cypr i Izrael. O ile to pierwsze państwo ogląda się jeszcze z dużej wysokości, to w okolicach Jerozolimy samolot zaczyna zbliżać się do powierzchni ziemi. Daje się już zauważyć pojedyncze budynki i drzewa. Co zatem dostrzegłem? - Piasek. Całe masy czerwono-rudawego piasku i rzadko występujące, skarłowaciałe drzewka, w cieniu których odpoczywały zwierzęta. Bez wątpienia byłem w klimacie zgoła innym niż w Polsce.

 

Siedem wzgórz i żółte taksówki

 

Na lotnisku w Ammanie wylądowaliśmy punktualnie. Po wyjściu z samolotu od razu uderzyła mnie fala gorącego powietrza, niesionego przez ciepły i suchy wiatr. Pierwszy kontakt wzrokowy z miejscowymi zdawał się potwierdzać wcześniejsze obawy. Jordańscy żołnierze uzbrojeni w groźnie wyglądające karabiny, budzili raczej niemiłe skojarzenia. Wszelkie obawy ustąpiły jednak w momencie, gdy poznałem Sameha - Jordańczyka, który opiekował się mną podczas tej wycieczki. Człowiek ten był wyjątkowo przyjacielsko usposobiony i bardzo chętnie opowiadał o swoim kraju. W drodze do centrum pokazał mi panoramę stolicy Jordanii. Miasto jest położone - jak zapewniał - na siedmiu wzniesieniach, choć ja - mieszkaniec nizinnej Wielkopolski, widziałem tam znacznie więcej gór. W krajobrazie miejskim dominowały oczywiście minarety. Poniżej nich znajdowały się jasne, wielorodzinne domy, przypominające trochę nasze bloki, a trochę bunkry. Jeśli miałbym szukać jakichś skojarzeń, to Amman jest jak mrowisko. I to nie byle jakie, bo zamieszkałe przez ponad 2 miliony "mrówek".

Nie wiem, jakie zasady obowiązują w Jordanii, ale można powiedzieć, iż chaos, panujący na ulicach, sprawia wrażenie nie tylko powszechnie uznawanego, ale wręcz potrzebnego.
Na szerokich i pozbawionych pasów i linii drogach jeździ się szybko i głośno. Szybko, bo trzeba błyskawicznie wjeżdżać na skrzyżowania, prawie zawsze wymuszając pierwszeństwo, a głośno, gdyż na niemal każdego uczestnika ruchu trąbi się bez opamiętania. W pierwszej chwili dźwięk klaksonu rozpraszał mnie i zmuszał do zlokalizowania źródła i powodu, dla którego został wobec mnie użyty. Z czasem jednak nauczyłem się, iż Arabowie trąbią na wszystkich bez jakiejś poważniejszej przyczyny. Prym w tych ulicznych koncertach wiodą kierowcy żółtych taksówek, którzy w ten sposób zachęcają do skorzystania ze swoich skądinąd niedrogich (paliwo w Jordanii jest dużo tańsze niż w Polsce) usług.

 

"Welcome to Jordan"

 

Dla każdego fotografa i miłośnika wypraw w tereny wysoce zurbanizowane, najlepszym sposobem poruszania się po mieście jest spacer. Wówczas oddycha się tym samym powietrzem, co miejscowi, chodzi się tymi samymi ścieżkami i odpoczywa się dokładnie w tych samych miejscach, co oni. Jednocześnie jest się wśród ludzi i można bezwładnie rzucić się w prąd życia miejskiego, zaznając wszystkich jego zalet oraz wad. Można też jednak stanąć ponad miastem i, będąc panem swojego, nieograniczonego przecież, czasu, kontemplować okolicę. Moje pierwsze wrażenia z ulic i uliczek Ammanu były jak najbardziej pozytywne. O ile przybranie pozycji wyłączonego z życia miasta obserwatora przyszło mi bez trudu, o tyle wtopienie się w tamtejszą charakterystyczną tkankę miejską było niemal niemożliwe. Arabowie są wyczuleni na punkcie turystów z Europy. Szczególnie tych, którzy, podobnie jak ja, mają wyróżniające się jasne włosy i niebieskie oczy. Nie spotkałem się oczywiście z żadną wrogością czy podejrzliwością, ale za to traktowano mnie jak potencjalnego (bogatego?) klienta, któremu warto zaproponować swoje usługi/towary. Tak oto byłem chyba ze sto razy zapraszany miłym głosem (w akompaniamencie dźwięku klaksonu) do skorzystania ze wspomnianych wcześniej żółtych taksówek. Nierzadko też zachęcano mnie do kupna starych, "bezcennych" monet, orderów, znaczków, banknotów itp.

Amman posiada tzw. stare miasto, ale - w mojej ocenie - znajdujące się tam budynki nie różnią się niczym (przynajmniej z zewnątrz) od tych zlokalizowanych na obrzeżach miasta. W ogóle skupianie się na pojedynczych domach nie ma większego sensu. Należy je traktować syntetycznie. Interesująca jest dopiero cała ulica, a nawet dzielnica. Sieć bardzo wąskich i stromych uliczek, łączących się z główną, zakorkowaną drogą, tworzą niepowtarzalny miejski pejzaż. Wyjątkiem, wymagającym jednostkowego podejścia, są meczety i, oczywiście, zabytki z czasów starożytnych. O tych pierwszych można powiedzieć, iż skupiają wokół siebie całe życie. Są miejscem, gdzie Arabowie mogą coś kupić, sprzedać, gdzie mogą poplotkować, ale także wejść do środka, wyciszyć się i pomodlić. Wypada podkreślić to, iż Jordańczycy (w ponad 90% sunnici) są narodem bardzo religijnym. Muezini o ściśle określonych porach wzywają poprzez megafony do modlitwy, a nawoływania te słychać nawet z najodleglejszych punktów. Meczet nie jest jednak tylko miejscem zadumy i refleksji. Wieczorami mnóstwo ludzi zbiera się wokół świątyni, a na pobliskich placach urządzany jest jeden wielki piknik. Jest głośna muzyka, są śpiewy, jedzenie i picie. W każdej chwili można się dołączyć do grupki bawiących się ludzi i nikt nam raczej nie odmówi szklanki tradycyjnej gorącej herbaty. Uprzejmość i gościnność to jednak cecha charakterystyczna nie tylko młodych i dobrze wykształconych Jordańczyków. Przyjazne: "Welcome to Jordan" można także usłyszeć, i to było dla mnie dużym zaskoczeniem, w dzielnicach biednych i zapuszczonych. Gość w domu Jordańczyka to wielka radość i zaszczyt. Wzięcie jakiejkolwiek zapłaty za pomoc jest niedopuszczalne.

Amman to miasto wyjątkowe. Aby poznać je w całości potrzeba dużo czasu i nie lada kondycji fizycznej. Każdy ma jednak swój własny rytm zwiedzania i swoje zainteresowania. Ja oprócz wyżej wymienionych atrakcji, polecam jeszcze dwa niewątpliwie wysokiej klasy zabytki. Będąc w Down Town warto się udać do rzymskiego amfiteatru, mogącego pomieścić prawie 10 tys. ludzi. Akustyka w tym miejscu jest niewyobrażalna. Najmniejszy odgłos na scenie słychać bardzo wyraźnie nawet z najwyżej położonych miejsc. Miłą informacją jest to, iż bilet wstępu do amfiteatru kosztuje tylko symbolicznego dinara (ok. 4 zł). Chcąc zobaczyć malowniczą panoramę Ammanu, trzeba się wspiąć na jedną z gór. Polecam serdecznie tę, znajdującą się naprzeciwko amfiteatru. Na samym szczycie wznosi się arabska cytadela z VIII wieku.

 

„Cuchnące Morze” i skalne miasto

 

Północno-zachodnia część Jordanii to obszar o najkorzystniejszym klimacie. Tam też mieszka najwięcej ludzi. Zmierzając na południe rośnie wyraźnie temperatura otoczenia, a zmniejsza się wysokość nad poziomem morza. Ostatecznie docieramy do największej na świecie depresji Morza Martwego (418 m. p.p.m.). Z tym słonym jeziorem bezodpływowym (nazywanym też Morzem Słonym, Morzem Diabelskim, czy wreszcie Morzem Cuchnącym) wiąże się wiele legend i opowieści. Jedna z nich mówi, iż na jego dnie leżą ruiny Sodomy i Gomory. Stężenie soli w tym akwenie jest tak wielkie (ok. 25%), że ludzkie ciało swobodnie unosi się na powierzchni. Sam próbowałem zanurkować, lecz bardzo duża wyporność wody to uniemożliwia. Jeden z rzymskich wodzów, usłyszawszy o niezwykłych cechach Morza Martwego, nakazał wrzucić do wody niewolników niepotrafiących pływać, by sprawdzić, czy faktycznie pozostaną na powierzchni wody.

Innym bardzo urokliwym zjawiskiem towarzyszącym temu miejscu są wyjątkowe zachody słońca. Dzień trwa tam o wiele krócej, niż w Polsce, ale każdy wieczór wieńczy malowniczy festiwal barw. Mi akurat udało się obejrzeć zachód słońca nad Morzem Martwym i widoków, jakie tam wtedy ujrzałem nie zapomnę na pewno do końca życia.

Nie mniejsze wrażenie zrobiła na mnie Petra - skalna osada założona przez Nabetajczyków, rozbudowywana w czasach hellenistycznych i rzymskich. Architektura tego miasta łączy w sobie style egipskie, syryjskie, greckie i rzymskie. Podobnie jak w Ammanie, jest ogromny teatr. Imponująco wyglądają także pałace, grobowce i klasztor. Wszystko misternie wydłubane w ogromnych i stromych skałach. Zwiedzać można ten cud świata samodzielnie, bez przewodnika. Potrzeba tylko czasu, bardzo dużo czasu. Ja przeznaczyłem na Petrę 4 godziny i było to stanowczo za mało. Miałem ochotę wejść do każdego z tych kamiennych domów, by poczuć ten sam chłód, który przed wiekami dawał wytchnienie zmęczonym Nabetajczykom. Podróż na południe miałem jednak zakończyć nad Morzem Czerwonym, więc pełen wrażeń opuściłem w blasku zachodzącego słońca Dolinę Petry.

 

Autostradą na riwierę

 

Nie jestem pewien, czy bezpłatna autostrada, łącząca stolicę państwa z głównym portem to coś, o czym powinno się pisać w przewodnikach. Jednak fakt, iż na pustyni, gdzie temperatura nierzadko sięga 50 st. C.(w cieniu), można zbudować drogę szeroką i płaską jak stół, jest wart podkreślenia. Z jednej strony to przecież standard, z drugiej - niestety - nieosiągalne marzenie każdego polskiego kierowcy. Pochłonięty refleksją na temat stanu naszej infrastruktury drogowej, zmierzałem niezmiennie na południe Jordanii. Po drodze minąłem kilka punktów kontrolnych, gdzie ponownie ujrzałem uzbrojonych żołnierzy jordańskich. Sameh twierdzi, że to względy bezpieczeństwa, a potencjalni terroryści rekrutują się nie z Jordanii, lecz z Iraku, i to głównie z ich powodu trzeba przeszukiwać ludzi.

W pustynnym krajobrazie południowych obszarów Jordanii zwróciłem uwagę na jeszcze jedną rzecz. Widziałem już wcześniej wielkie portrety króla Abdullaha II na budynkach państwowych w Ammanie. Wiem, że Jordańczycy otaczają swego władcę czcią. Zdałem sobie jednak sprawę, iż nie ma tym ani grama fałszu i sztuczności, jakie towarzyszyły wielu europejskim dyktaturom. "Król jest dobry" - głosił wielki napis ułożony z kamieni przy autostradzie. Jest dobry, bo otworzył Jordanię na świat, wprowadził wolny handel i unormował stosunki z USA i Unią Europejską. Jego dobroć znajduje też odzwierciedlenie w polityce wewnętrznej. Na mnie szczególne wrażenie zrobiło np. to, iż monarcha dla najbiedniejszych buduje specjalne osiedla, a gdy zapragnie poznać bolączki swego ludu, nie słucha rad ministrów, lecz niczym Piotr I – incognito - podróżuje po kraju i obserwuje życie zwyczajnych ludzi. Blasku jego rządom na pewno dodaje piękna żona, Rania. W ten oto sposób królewska para cieszy się powszechnym uznaniem i traktowana jest z dużą estymą. Byłby to niewątpliwie przyczynek do rozważań na temat stanu naszej demokracji i (braku) zaufania wobec rządzących, i pewnie, jako politolog, zająłbym się tematem "Jordania a sprawa polska", ale na horyzoncie zamigotały już światła minaretów Aqaby. Pierwsze, co odczułem wjeżdżając do tego nadmorskiego kurortu, to wysoka temperatura i gorący południowy wiatr, pochodzący pewnie gdzieś z głębi Afryki. Co ciekawe, Aqaba jest w specjalnej strefie wolnej od podatków, więc rozwija się bardzo szybko, a zakupy tam są opłacalne. Miałem odczucie, iż to miasto zostało dosłownie wyrwane olbrzymim skałom i wciśnięte między błękitne morze, a wysokie góry. Szczyty tychże gór, oświetlone promieniami zachodzącego słońca, generują bardzo specyficzną, czerwoną poświatę. Lustro wody wówczas zmienia się z niebieskiego w fioletowo - czerwone. Stąd też wzięła się nazwa Morze Czerwone.

Pierwszą noc w Aqabie będzie dużym przeżyciem dla każdego Europejczyka. Temperatura powietrza bowiem wynosiła 42 st. C. i bez klimatyzacji trudno było w ogóle zasnąć. Powietrze jest bardzo ciężkie i gorące. Za dnia jest jeszcze gorzej (lepiej?), bo słupki rtęci pokazują ponad 50 st. C.! Najlepszym rozwiązaniem w tej sytuacji jest przeniesienie się z domu na plaże, a ściślej bezpośrednio do wody.

 

Wydaje mi się, że Aqaba jest najlepszym i najmilszym podsumowaniem wycieczki po Jordanii. To bardzo bogate, otwarte i w pełni cywilizowane, jeśli można użyć takiego określenia, miasto. Nad samym brzegiem morza znajduje się dużo luksusowych, lecz znowu nie tak drogich, hoteli. Miłośnicy sportów wodnych znajdą tu dla siebie prawdziwy raj. Można też oczywiście leżeć na czystej i zadbanej plaży i zażywać całorocznych kąpieli słonecznych. Wieczorami kuszą turystów stylowe bary i knajpki. Ja oczywiście polecam miejscową kuchnię, opierającą się w głównej mierze na przepysznych owocach, serach i baraninie. Po kilku dniach spędzonych na upalnym wybrzeżu Morza Czerwonego, już nigdy nikomu nie będą straszne żadne upały.

 

Łukasz Małkiewicz


Powyższy tekst został wyróżniony w otwartym konkursie Infotuby.

Udostępnij ten wpis

Komentarze  

 
+1 #2 Lilka 2011-07-24 04:06
Bardzo ciekawy opis.
Cytować
 
 
+1 #1 Lasie 2011-06-17 21:27
Świetny tekst. Kawał bardzo dobrego reportażu!
Cytować
 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Wyszukiwarka