w3pro.pl Bądź widoczny w INTERNECIE

Jak Indiana Jones

Drukuj PDF
( 1 Vote )

Starożytne miasta, jedne z najlepszych na świecie skał wspinaczkowych i rafy koralowe Morza Czerwonego to główne atrakcje Jordanii.

Z powodu sytuacji politycznej niewiele osób decyduje się dziś na podróż na Bliski Wschód. Ten kraj jest jednak bardzo bezpieczny, a turysta może poczuć się  tu jak prawdziwy podróżnik i odkrywca.

W 1812 roku niespełna 30-letni Szwajcar Johann Ludwig Burckhardt, idąc tropem pogłosek o istnieniu opuszczonego starożytnego miasta, stanął naprzeciw jednego z największych dzieł sztuki  Bliskiego Wschodu. To była Petra. Zbudowali ją Nabatejczycy, którzy na terenie dzisiejszej Jordanii osiedlili się około VI wieku p.n.e. To wielkie bogate miasto zostało w całości wyrzeźbione w miękkim piaskowcu. Komnaty pałaców i wnętrza świątyń wyżłobiono bezpośrednio w skałach.

Po upadku imperium Nabatejczyków Petra znajdowała się kolejno pod wpływami Rzymu, Bizancjum i muzułmanów. Potem popadła w całkowite zapomnienie. Z wyjątkiem krótkiego epizodu w czasie wojen krzyżowych, kiedy wybudowano na terenie Petry mało liczącą się warownię, aż do odkrycia jej przez Burckhardta, czyli przez przeszło tysiąc lat nic się tam nie działo. Wymarłe miasto znane było jedynie okolicznym Beduinom, którzy ze swoimi stadami znajdowali tu schronienie.

Współczesna Petra niewiele różni się od tej, którą po raz pierwszy zobaczył Burkhardt. Zwiedzających jest niewielu, po ulicach dostojnie spacerują wielbłądy, czasem ktoś przegalopuje na koniu, na ziemi płacze umorusane dziecko, które spadło z osła. Życie płynie jak przed wiekami. Warto zboczyć z głównego szlaku, pójść kawałek pod górę i zejść do doliny, gdzie można już w ciszy podziwiać wydrążone w skałach katedry. Miejsc do odkrycia jest wiele i dla wszystkich, którzy chcą poczuć się jak Indiana Jones, z pewnością ich wystarczy. Właśnie w Petrze Steven  Spielberg nakręcił film Indiana Jones i ostatnia krucjata.

Teren jest ogromny i potrzeba kilku dni, żeby go spenetrować. Wchodząc do antycznego miasta trzeba przejść przez As-Siq, dwukilometrowy wąski wąwóz skalny. Wydrążony przez wodę spływającą z gór został poszerzony przez Nabatejczyków i stał się główną drogą prowadzącą do miasta. Przez As-Siq w czasie uroczystości sunęły procesje religijne. Nic dziwnego, że wybrano właśnie to miejsce – sceneria przesmyku zapiera dech w piersiach. Droga wije się między kolorowymi skałami wysokimi na kilka pięter, za każdym zakrętem otwiera się inna, zaskakująca perspektywa. U samego końca zza skalnego wyłomu ukazuje się  nagle Chazna (Skarbiec) – piękna budowla i zarazem najczęściej reprodukowany widok w Petrze. Tam właśnie Indiana Jones odnalazł Graala.

Obecnie As-Siq można oglądać również nocą, przy świetle pochodni. Dwa razy w tygodniu spod kas biletowych wyrusza w kierunku Skarbca pochód zwiedzających. W świetle księżyca, gwiazd i pochodni droga wygląda jeszcze bardziej niezwykle niż za dnia. Przy Skarbcu czekają  Beduini, częstują gorącą miętową herbatą, grają na instrumentach.  Nawet osoby, które nie lubią spektakli światło i dźwięk, będą zauroczone. Nocna impreza w Petrze nie przypomina folklorystycznej tandety.

Droga do Skarbca to tylko mały odcinek wąwozu. W bardziej niedostępnych miejscach żyją Beduini, jak przed laty, mieszkają w namiotach utkanych z brunatnej koziej wełny lub po prostu w jaskiniach. Żeby zapuścić się nieco dalej, można wynająć przewodnika albo kupić dobrą mapę i wędrować samemu. W każdym przypadku potrzebne są mocne buty i odpowiedni zapas wody. Jedna z najciekawszych dłuższych tras (około 18 km w górskim terenie, czyli mniej więcej sześć godzin marszu) prowadzi na Jeabal an-Nabi Harun  – górę o wysokości 1331 m n.p.m. Widać z niej nie tylko całą Petrę, ale nawet Morze Martwe. Jeżeli kogoś bardziej interesuje mikrokosmos, powinien obserwować skały: okolica Jebel Haroum to królestwo sympatycznych kolorowych jaszczurek.

Na samym południu Jordanii znajduje się drugi arcyciekawy pustynny wąwóz Wadi Rum. Ma 120 kilometrów długości, a zamieszkują go wyłącznie koczownicze klany Beduinów oraz szakale, wilki, dzikie kozy, skorpiony i żmije. Ściany wąwozu tworzą wysokie, miejscami pionowe skały. Skomponowane z kolorowych warstw zmieniają barwy w zależności od kąta padania promieni słonecznych. Teren jest ogromny i pusty, a jedynymi śladami obecności człowieka są: maleńka terenowa toyota gdzieś na horyzoncie, liczące przeszło 2000 lat nabatejskie inskrypcje naskalne i tropy wielbłąda prowadzące do obozowiska Beduinów.

Drogi skalne Wadi Rum należą zdaniem koneserów do najlepszych miejsc wspinaczkowych na świecie. Możliwości są nieograniczone, podobnie jak stopień trudności – od dróg dla początkujących, po „ósemkowe”, czyli najwyższe w skali, prawie nie do zdobycia. Tylko niewielka część przejść jest oznaczona. A przecież największą satysfakcję daje wspinaczom „zrobienie” nowej drogi, nazwanie jej i opisanie. Takie wyczyny odnotowywane są w specjalistycznych wydawnictwach i w internecie.

U wejścia do wąwozu znajduje się Government Rest House – hotel prowadzony przez agendę rządową. To główne miejsce spotkań, punkt orientacyjny oraz „wypożyczalnia” wielbłądów i jeepów. Można też przenocować w jednym ze stojących nieopodal namiotów. Przyjeżdżają tutaj nie tylko turyści. Kiedy tam wszedłem, w sporej sali w małych grupkach siedzieli biali mężczyźni pochyleni nad jakimiś rysunkami, mapami i planami. Rozmawiali po francusku i po angielsku z silnym francuskim akcentem. Ubrani byli w wyblakłe koszule w kolorze khaki, mieli ogorzałe twarze i włosy zbielałe od słońca. Skojarzyli mi się z inżynierami z powieści W Pustyni i w puszczy, budującymi Kanał Sueski. Byli to członkowie francuskiej misji archeologicznej. W wąwozie i okolicach cały czas prowadzone są wykopaliska.

Do położonej niedaleko Akaby można dotrzeć na wielbłądach – taka podróż zajmuje trzy dni. Autobusem – półtorej godziny. Po dłuższym pobycie w bliskowschodnim interiorze Akaba jest dla turysty tym, czym niedaleka Mekka dla muzułmanina. Może zresztą ta analogia nie jest najszczęśliwsza, bo pobyt w tym mieście ma raczej cielesny, a nie duchowy wymiar. Nawet zimą, kiedy w Ammanie słupek rtęci spada do 5 stopni, w Akabie sięga 20, a temperatura Morza Czerwonego jest jeszcze wyższa niż powietrza. Bardzo przyjemnie przemienić się tutaj z Indiany Jonesa w mieszczańskiego wczasowicza. Wzdłuż zatoki ciągną się plaże z leżakami, parasolami i zimnym piwem.

Koniecznie trzeba zajrzeć pod wodę. Jordańska rafa koralowa wcale nie ustępuje urodą znacznie bardziej reklamowanej (a tym samym częściej odwiedzanej) rafie z okolic egipskiego Sharm el Sheikh. Tutaj są takie same ryby, korale i muszle i o wiele mniej ludzi. Świetnym miejscem do nurkowania są okolice Royal Diving Club na południe od miasta, blisko granicy z Arabią Saudyjską. Warto wybrać się też na wyspę Pharoah leżącą na egipskich wodach terytorialnych. Stoi tam prawie nietknięta przez czas XII-wieczna twierdza, zbudowana przez krzyżowców, a wody ją oblewające roją się od kolorowych morskich stworzeń.

Dobrym sposobem na zregenerowanie zmęczonego wędrówkami ciała jest wizyta w arabskiej łaźni. Ten dwugodzinny rytuał rozpoczyna się w pomieszczeniu pełnym pary. Potem wszyscy układają się na kamiennych blatach podgrzewanych od dołu. Odpoczywają, gawędzą. Ostatni etap to masaż połączony z peelingiem ostrą szczotką. Po wyjściu z łaźni człowiek czuje się lżejszy, młodszy i szczęśliwszy.

Kiedy plażowo-łaźniowe lenistwo już się znudzi, warto wybrać się po zakupy – Akaba to obszar wolnocłowy. Jest jeszcze co najmniej jeden  powód, dla którego miasto zostawia niezapomniane wrażenia: sporo dobrych restauracji. Jedne serwują ryby, ośmiornice i kalmary, inne specjalizują się w kuchni pakistańskiej, chińskiej lub libańskiej. Ta ostatnia słusznie uchodzi za ajbardziej wyrafinowaną na całym Bliskim Wschodzie. Jeżeli chodzi o lokale w Akabie, trudno nie zgodzić się z autorem  popularnego przewodnika Lonely Planet, który pisze, że najlepsza  atmosfera panuje zazwyczaj w miejscach, gdzie podaje się alkohol.

Potem można skierować się z powrotem na północ, gdzie jest kilka rzeczy, które koniecznie trzeba zobaczyć. Pierwsze z nich to biblijna  góra Nebo (Jabal Naba), gdzie Mojżesz zobaczył Ziemię Obiecaną. Zgodnie z zapowiedzią Jahwe nie było mu dane wstąpić na jej szczyt — tutaj nastąpił kres jego ziemskiej wędrówki. Na Nebo znajduje się nie tylko grób Mojżesza, ale też kościół i klasztor wzniesione ku jego pamięci. Wybudowane pomiędzy czwartym i piątym wiekiem naszej ery zachwycają zwłaszcza pięknymi i świetnie zachowanymi mozaikami przedstawiającymi sceny polowań, pracę przy tłoczeniu wina, a także wizerunki pantery, lisa, lwa i niedźwiedzia.

Z góry Nebo roztacza się widok  na leżące w dole Morze Martwe, na Jerycho i odległą o 46 km Jerozolimę. Do Morza Martwego jest stąd  tak blisko, że grzechem byłoby nie pojechać. Choć morze z niego marne – z powodu ok. 30procentowego zasolenia wody nie daje się w nim pływać ani nurkować, ryb też nie ma, żyje jedynie kilkanaście gatunków bakterii. Po kąpieli polegającej na dryfowaniu skóra szczypie, więc natychmiast trzeba wejść pod prysznic. Morze to ma jednak dwie zalety: bardzo trudno się w nim utopić, a muł z dna, który zawiera ogromną porcję minerałów, wspaniale wpływa na skórę – leczy ją, regeneruje i upiększa.

Na północnym krańcu Jordanii leży Dżerasz, świetnie zachowane miasto rzymskie, bardzo interesujące, bo kolejne warstwy jego zabudowy idealnie obrazują historię kraju. Rozkwit przeżywało w pierwszych wiekach naszej ery. Z tego okresu pochodzi gigantyczny Łuk Hadriana, wzniesiony z okazji wizyty cesarza w 129 r., hipodrom mogący pomieścić 15 000 widzów (!) oraz wiele świątyń, kilka teatrów i wielkie Forum.

Następny etap to era katolicko bizantyjska i kilkanaście kościołów, które w różnym stanie przetrwały do dzisiaj. Potem w Dżerasz rezydowali kolejno Persowie (wykopaliska wskazują, że na hipodromie grali w... polo), Arabowie, krzyżowcy w XII wieku, następnie miasto zostało zapomniane i ponownie odkryte w XIX w. Dziś całą tę historię opowiadają sąsiadujące z sobą świątynie Artemidy i Zeusa, synagoga, meczet oraz ślady wielu kościołów. Leżący niedaleko Amman, stolica kraju, ma dwie twarze. Część wschodnia, do której należy też śródmieście, jest bardzo arabska: hałaśliwa, dość uboga oraz konserwatywna w sensie religijnym i obyczajowym. Kto szuka orientu z jego kolorytem, żywiołowym handlem i zmysłową egzotyką, znajdzie go właśnie we wschodnim Ammanie. Natomiast zachodnie dzielnice Shmeisani i Adboun bardziej przypominają  Europę. Mnóstwo tam galerii, doskonałych restauracji, nocnych klubów, barów i elegancko ubranych ludzi.

W mieście trzeba zobaczyć dwie cenne pamiątki z przeszłości. Pierwsza to Cytadela, otoczona niemal dwukilometrowym murem, gdzie sąsiadują Pałac Ommajadów, kolumna świątyni Herkulesa i bizantyjska bazylika. Nieopodal znajduje się drugi zabytek i jednocześnie symbol miasta – ogromny teatr rzymski. Z najnowszych budowli na uwagę zasługuje meczet  derwiszów, mistycznego bractwa  muzułmańskiego. Niestety nie można zajrzeć do środka, ale nawet oglądana z zewnątrz pasiasta czarno-biała bryła robi wrażenie.

Jordania jest krajem przyjaznym dla cudzoziemców. Wszędzie okazuje się im sympatię, traktuje serdecznie i uczciwie. W każdym mieście, również w stolicy, mogą bez obaw spacerować po najbardziej odludnych zaułkach, nawet nocą. W przeciwieństwie do państw ościennych, Jordanią nie targają też wewnętrzne konflikty. Lud uwielbia króla Abdullacha i jego żonę Ranię, którzy mają wręcz bajkowe relacje z poddanymi. On w przebraniu pojawia się często  w różnych miejscach kraju, by sprawdzić, jak żyje się ludziom. Ona natomiast całą swoją energię wkłada w niesienie pomocy potrzebującym. W hotelach, restauracjach, prywatnych domach, a nawet w taksówkach wiszą portrety monarszej pary, umieszczone tam nie z przymusu, ale jako wyraz szacunku i miłości. Być może dlatego właśnie Jordania cieszy się tak dobrą opinią wśród turystów. Kraj, w którym panuje zgoda i harmonia, jest życzliwy również dla gości.

Maciej Wrześniowski
Voyage
http://www.voyage.pl/index_2501.php?a_2501=1066&b_2501=168&page=1

Udostępnij ten wpis

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Wyszukiwarka